Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 205 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Typowy podział ról w związku zwiększa...

środa, 30 stycznia 2013 12:54

Mam słabość do tego rodzaju nowinek, przyznaję i nie dochodzę jednocześnie czy można coś z tym zrobić.

Rzecz w tym, że rzekomo standardowy podział ról w związku, czyli kobiety gotują, sprzątają, prasują, robią zakupy, a mężczyźni (no właśnie co?) majsterkują, płacą rachunki wpływa korzystnie na ilość seksu, no w sensie zwyżkowym. Można pomówić o liczbach, równość w związku to prawie dwa statystyczne „numerki” mniej w miesiącu. Toteż, jeśli się  panom wydawało kiedyś, iż ugotowaniem obiadu i wyjęciem naczyń ze zmywarki zasłużą sobie na... tzw. łaskawość żony, to byli w błędzie? Panowie można strajkować na całego, argument już jest : kochanie, nie umyję podłóg, bo dbam o nasze pożycie.

Może całość rozbija się o kwestie spełniania się i, jeśli mężczyzna owszem sprząta, gotuje i wrzuca brudne gacie do pralki, ale nie czyni tego w akcie: „a daj mi wreszcie spokój”, żaden tam męczeński grymas na twarzy, to atmosfera nie gęstnieje, nie robi się nagle nieprzyjemnie, w sensie mało zachęcająco do igraszek. Do seksu musi być odpowiedni klimat, wiadomo kobietom przeszkadzają w kochaniu się brudne gary w zlewie, rozrzucone skarpetki, brudna deska klozetowa, ale także echa kłótni. Leżąc tak w łóżku większość z nas niemal słyszy te utyskiwania garnków w zlewie, gaci spod krzesła, skarpetek z podłogi.

Istotne jest by nie wchodzić sobie w paradę, każdy niech robi swoje, bez narażania się na porównania i pouczenia, gorzej jak żadne nie poczuwa się do czegokolwiek, ale w tym także może być metoda.

W związku nie można wysługiwać się drugą osobą, posiadanie własnego „służącego” nie może być i nie jest seksowne. No chyba że mowa o przebierankach, ale to już inna historia.


Jak zwykle chodzi o umiar, kompromis i dobre intencje... no i o seks też chodzi.


Podziel się
oceń
65
79

komentarze (76) | dodaj komentarz

Związki partnerskie

wtorek, 29 stycznia 2013 14:02

Na obecną chwilę chyba nie ma nic bardziej elektryzującego niż hasło „związki partnerskie”. Po piątkowym odrzuceniu przez Sejm trzech projektów dotyczących związków partnerskich wciąż nie cichną echa, jak to się mogło stać? Jak aż 46 posłów z PO mogło głosować przeciw? Porażka Tuska... itd.

No właśnie jak to? Czuję swego rodzaju rozgoryczenie, bo przecież głosując na PO, na danego kandydata, głosowało się także na dany program. Nosz cholera a teraz co, drogi wyborco, przepraszam Cię ale nie mogę "złamać" sumienia. A przepraszam bardzo, a co z  sumieniem oszukanego wyborcy? A co z  sumieniem tym pierwszym, drogi Pośle, przecież związki partnerskie to był jeden z punktów programu wyborczego platformy? Wcześniej kłamałeś, by dorwać się do koryta... no tak.
 

 

Frakcja pisowska PO twierdzi, że projekty ustawy o związkach partnerskich, w tym projekt platformy czyli... o kurczę...  ich samych, są niezgodne z art. 18 konstytucji. Tylko że ten paragraf dotyczy małżeństwa, więc gdzie tu niezgodność? Tego nie wiem. Kolejny argument przeciw związkom partnerskim to to że zagrażają rodzinie. Zabawne, bo w sumie takie związk,  istnieją już dawno i nawet bez tej ustawy istnieć będą, ale wciąż niejako w podziemiu, bez praw i istotnych przywilejów. Jakby żyli w innym kraku, takim nie demokratycznym kraju. Nie czytałam pisowskiego projektu ustawy, bazuję na tym co jedynie czytałam, ale dziedziczenie, wizyty w szpitalu, żadna tam adopcja dzieci przez osoby homoseksualne, czy wspólne rozliczanie się z podatku, to tak niewiele, a popatrz tak bardzo boli co poniektórych. 

A podobno wolność winna kończyć się tam gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka. 


Podziel się
oceń
3
2

komentarze (24) | dodaj komentarz

Uwaga narzekam!

poniedziałek, 28 stycznia 2013 12:26

Nie ominęło mnie w tym roku jakieś wirusisko. Więc... to się pochorowało, poleżało troszkę w pieleszach, pogrzało, odpuściło sobie i troszkę pobiadoliło nad swym chorobowym losem. Jak dobrze było, gdy już czytać mogłam, nadrobić czytelniczo to i owo, obejrzeć dobry film, gdy już ślipia nie bolały. Byczyłam się do imentu. No dobra przy trzecim dniu już miałam dość, ale przestawiłam się na odpowiedni tryb i dałam radę.

 

Poniedziałek przywitał mnie wdzięcznie budzikiem, wyrwał z ramion przyjemnego snu, cóż wiem że był przyjemny, ale o czym, to bijcie, zabijcie nie wiem. A potem hej ho do pracy. Patrzę, budynek gdzie stał stoi, koledzy też są, nawet szefowa jest na posterunku. Zatem trza tydzień roboczy rozpocząć, więc rozpoczęłam...

 

Na drugiem śniadaniu z towarzyszami pracy uderzyliśmy w pesymistyczny ton, a że w Polsce jest tak a nie inaczej, że znów w tym miesiącu nie będzie premii, że życie coraz droższe. Włączyło mi się nawet żeby pomyśleć o jakimś urlopie gdzieś tam, ale cholera za co?

 

Od pewnego czasu już nie chodzę do fryzjera, nie farbuję włosów, dawno nie kupiłam sobie żadnego łaszka, książki, płyty, nie chodzę już do kina - jestem piratem (ups ostatnio poszłam na koncert i nie mogłam się uwolnić od myśli, kosztem czego kupiłam bilet), zamiast aerobiku biegam, nie wyrzucam jedzenia, czasem jem czerstwy chleb trzy dni. To nie kwestia oszczędzania, ale zrozumienia, że wiele rzeczy jest mi albo niepotrzebnych, albo w miejsce nowych rzeczy winnam po prostu szanować stare. W konsekwencji zmiany myślenia przewidywałam jakieś oszczędności. Aha akurat. Ja wiem, że Polak potrafi, ale czasem dopada mnie taki stan jak dziś. Jakiejś niemocy i braku perspektyw. A myślałam, że jestem ostatnią osobą, która narzeka...

 

Boli czasem mnie ta Polska... choć się staram i biorę los w swoje recę, dostaję boleśnie w czapę. I, jakkolwiek to zabrzmi,  dopada mnie niekeidy taka myśl, że nawet jak śpię ktoś kroi mnie na kasę.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Targowisko próżności z udziałem arcybiskupa

środa, 16 stycznia 2013 10:24

"Osobisty sekretarz Benedykta XVI, a od niedawna także prefekt Domu Papieskiego arcybiskup Georg Gaenswein trafił na okładkę najnowszego numeru włoskiej edycji pisma "Vanity Fair"". Media doniosły, a mnie zaczęła zżerać ciekawość zwłaszcza, że redakcja całość okrasiła komentarzem: "Być pięknym to nie grzech". No niby nie grzech, ale czy księdzu przystoi... Vanity Fair... "targowisko próżności"... wśród innych, czasem bardziej rozebranych niż ubranych modelek... ksiądz, ba, arcybiskup - gwiazda popkultury? A ponadto czy na pewno przystojny? Więc sprawdziłam:

 

 

Cóż, czuję się lekko rozczarowana, tym wspomnianym "pięknem", chyba liczyłam na "więcej" piękna, a mniej... "normalnego" mężczyzny w wieku dojrzałym. Wniosek taki, że wspomniany arcybiskup zawdzięcza sławę temu kim jest, a nie "pustej" urodzie. A to już coś. Choć z drugiej strony, czy aby na pewno księdzu  godzi się...  być celebrytą? Czy to zdjecie na okładce VF czemuś służy? Po mojemu, oprócz ewidentnej osobliwości nic za tym nie idzie. Choć przyznaję,  sama nie wiem czy powinno coś iść, poza przykuciem uwagi i wzrostem sprzedaży czasopisma oczywiście. 

 

Ani mnie to grzeje, ani ziębi, ale podobno próżność jest grzechem.


Podziel się
oceń
0
2

komentarze (18) | dodaj komentarz

Bycie sobą czy ulepszoną wersją swojej matki?

wtorek, 15 stycznia 2013 13:06

 

Pewnego dnia spojrzałam w lustro i wreszcie tak wyraźnie dojrzałam podobieństwa, ten sam kolor i oprawa oczu, nos i owal twarzy, podobna budowa ciała. E, to tylko fizyczność, pomyślałam. Ale przyszedł moment w moim życiu, że odkryłam podobieństwa w sferze psychicznej, tak samo reagujemy na stres, podobnie gestykulujemy, podobnych środków wyrazu używamy, a to specyficznie przechylamy głowę, gdy kogoś słuchamy bądź ta koszmarna tendencja do "ja zrobię lepiej". Acz najgorszym okazał się być fakt, iż to przed czym uciekałam dopadło mnie mimowolnie, nawet nie wiadomo kiedy. I niestety, zwłaszcza w najgorszych punktach. Okazało się bowiem, że jestem jednak bardziej podobna do matki niż bym chciała.

 

A przecież swego czasu postanowiłam, że będę inna, że będą chodzić własnymi ścieżkami. Nazwałam i wypunktowałam te cechy, których nie cierpiałam w swojej matce, które przyprawiały mnie o poczucie winny i złość. Ba, skupiłam się też na sytuacjach. "No ja nigdy nie postąpię tak jak ona", nieraz powtarzałam sobie w głowie, będąc dzieckiem a potem nastolatką. Wówczas nawet nie przypuszczałam, że los roześmieje mi się w twarz po wielokroć.

 

Trochę to trwało, ale przekonałam się, że im dalej próbuje się uciec od podobieństwa do matki bądź ojca, tym w większym zakłamaniu się żyje. Starając się być innym, postępować inaczej, wzmacniamy dokładnie te nielubiane cechy i niepożądane sytuacje. Taki paradoks. Skądinąd, podobnie rzecz się ma z uwagą: tylko się nie ochlap zupą. Najczęściej i tak zupa ląduje na nas.

 

Oby jak najszybciej w życiu uciekiniera nastąpił moment pojednania z samym sobą, tzn przyjęcia punktów wspólnych za oczywistość, nie walcząc z nimi ich własną bronią. Wtenczas cały ciężar emocjonalny można przerzucić na rozwijanie tych pozostałych cech, postaw. A jeśli nawet nie, to przecież nawet podobieństwa mogą wyewoluować "coś" nowego, trzeba tylko zaakceptować podstawy.

 

Lepiej nie "marnować" życia na walkę z wiatrakami.

 

Obecnie mogę szczerze powiedzieć, że jestem podobna do matki, ale... i tu następuje samozadowolenie... jestem przede wszystkim sobą, a nie ulepszoną wersją swojej matki.


Podziel się
oceń
0
1

komentarze (24) | dodaj komentarz

niedziela, 25 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  59 161  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Z irytacjami się nie walczy, irytacjom daje się wyszumieć, choćby tu na blogu.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 59161

Lubię to